Uroda zdań
Za mną spora część dużej inwestycji. „Człowiek bez właściwości” Roberta Musila to monumentalna powieść licząca prawie dwa tysiące stron. A ja czytam bardzo pomału.
Wirtuozowski pierwszy akapit uwodzi, ale niedługo potem narrator porzuca czytelnika i bezceremonialnie snuje refleksje. Im głębiej w las, tym więcej drzew. Dla odbiorcy początku XXI wieku to sytuacja nie do wytrzymania.
Podejmuję literacki surwiwal.
Brnę przez panoramę społeczną początku XX wieku, diagnozę polityczną monarchii austro-węgierskiej, analizę rodziny, tyrady naukowe, psychoanalizę bohaterów. By przetrwać, tropię rwący się wątek miłosny. Nudę ziejącą z tej narracji tłumaczę niskim ciśnieniem za oknem.
Zastanawiam się, po co to robię.
Pośród kilku odpowiedzi na to pytanie jest i taka, że tropię zdania. Zdania cudnej urody: „W dwa tygodnie później była już od pół miesiąca jego kochanką” albo „Słuchano go chętnie, gdyż było to piękne, że ktoś o tak bogatym intelekcie posiadał również pieniądze”, albo „Wyłuszczył więc tylko żonie uprzejmie a poważnie powody, które w świecie mężczyzn wykluczały publiczne udzielenie Prusakowi prawa decyzji w kwestiach austriackich”.
I wtedy na każde pytanie o moją absurdalną inwestycję czytelniczą umiem odpowiedzieć cudnej urody zdaniem, że za kwartał będę po trzech miesiącach od przeczytania pierwszego tomu „Człowieka bez właściwości” Roberta Musila.
Dyskusja
Chcesz skomentować? Rozpocznij dyskusję »